Bright side of life

Some things in life are bad, they can really make you mad…

Ostatnio rozmawiałam z moją przyjaciółką, która opowiadała mi o czymś i mówiła jak się tym przejmuje. I że nigdy wcześniej tak się nie przejmowała. Na co powiedziałam jej, że jak masz dwadzieścia lat to się jeszcze nie przejmujesz, jak masz trzydzieści zaczynasz, a po czterdziestce już się nie przejmujesz. I wg mnie ta trzecia dekada jest właśnie najgorsza. Przynajmniej ja tak miałam.

Ten fajniutki dystans jaki przychodzi w czwartej dekadzie wraz z delikatnym przeczuciem, że świata jednak nie „zdobędziemy” jest najlepszym cudownym błogosławieństwem. Przynajmniej ja tak mam. Pamiętam jak bywało nieciekawie, serio.   A teraz kiedy odbieram telefon:

– No hej?

– No hej, jak tam u Ciebie? – i tu zamiast histerycznych szeptów, jęków, żalów, konieczności wyrzucenia ostatnich miesięcy jest spokojne podsumowanie:

– A jak zwykle, mega chujnia, nienawidzę wszystkiego, świat jest bez sensu, życie do dupy.

Po drugiej stronie jest równie doświadczona w small talku osoba po czterdziestce 😀 😀 więc odpowiada równie spokojnie:

– No spoko, to tak ja u mnie.  Tylko jeszcze bardziej nie znoszę swojej pracy niż poprzedniej. A jak z wagą, odchudzasz się?

– No, w normie, nadwaga.

Czasem następuje jakiś ciekawy zwrot akcji w spokojnej wymianie uprzejmości:

– Jest tak fatalnie, że skonfliktowałam  się w robocie ze wszystkimi pierwszy raz w życiu.

– Serio??? Pierwszy raz????  – kurczę jednak niektórym przydarzają się nowe rzeczy po czterdziestce.

Lub dzwonisz do kumpla bo jakoś długo się nie odzywa i zaczynasz się niepokoić:

– Żyjesz?

– Ledwo. Czarne psy.

– No byłam tam 3 tyg. temu ale wyszłam. Ale dasz radę?

– Tak, tak, tylko jeszcze chwila

Jak jesteś nadwrażliwcem to masz takich znajomych, przeszliście przez wszystko razem. Wielkie nieszczęścia, małe szczęścia, antydepresanty, choroby i inne. Poradziliście sobie z tym i nauczyliście się żyć, omijać rafy, być dla siebie w miarę dobrym. Dlatego teraz trochę z tego żartujecie a trochę jesteście dumni, że potraficie to z przekąsem nazywać i sobie radzić. Umiecie też dostrzec kiedy czarny humor już nim nie jest i dzieje się coś złego. I jesteście sobie za to wdzięczni. Ja jestem.

A życie codziennie mówi, że możesz je obejrzeć choć przez sekundę od tej zabawniejszej strony.

 

Moja kochana E. ostatnio straciła domowego zwierzaka. Był bardzo chory i trzeba było go uśpić u weterynarza. Kiedy wraz z synem pożegnali się ze zwierzątkiem wyszli płacząc na korytarz, gdzie przystanęli. Nagle w tej łkającej ciszy syn powiedział scenicznym szeptem: Mamo, przesuń się trochę. Stoisz na wadze dla zwierząt i ludzie widzą ile ważysz…”

Dziękuję ci E za tę historię ❤ 🙂

Lub moja wspaniała Susan, która wybiegła z domu spóźniona na spotkanie. Wskoczyła do windy w której był starszy pan  i prowadziła z nim bardzo miłą, kulturalną pogawędkę. Wysiadła z windy, zahaczyła obcasem i sturlała się ze schodów na sam dół. Miły pan przyskoczył do niej, żeby pomóc jej wstać. Przez dłuższą chwilę dopytywał się czy na pewno wszystko ok, czy może jakoś pomóc, jak się moja znajoma czuje itd. Opowiedział jej jak bardzo się przestraszył… Ona przez dłuższą chwilę go uspokajała, że bardzo dziękuje za pomoc i naprawdę nic jej nie jest. Kiedy w końcu pożegnali się i ruszyła w stronę drzwi usłyszała: O kurwa, kto chodzi na takich pierdolonych obcasach…

By było na tyle kultury  sąsiedzkiej 😀 😀 😀

Tobie też dziękuję za tę historię ❤

To tylko momenty. Wiadomo, że jest czasem super, czasem świetnie a czasem wystarczająco dobrze. To wystarczająco dobrze to całkiem spoko recepta na udane życie. A czasem w mega chujowej sytuacji dostrzegasz coś co Ciebie rozśmieszy.

I oby tak było jak sprawy zejdą poniżej dolnej strefy stanów niskich 😀 😉

Ale dzisiaj jest wystarczająco dobrze a ja bardzo cieszę się z nowych butów do biegania. Tak, różowe. To że mogę je sobie kupić oraz mieć luz z tymi (w pewnymi wieku to jest śmieszne) uważam za tę jaśniejszą stronę życia 😉

IMG_2278

PS Come on guys, cheer up 😉

I wtedy przyszedł maj…

Majówka. Mnóstwo planów, mnóstwo.  Nawet randki czy coś (bardziej coś). Ale też mnóstwo innych planów: rower, basen, bieganie –  podgonię kondycję. Podgonię też w robocie na spokojnie  – no super. Uwielbiam tak sobie żyć w swoim tempie.  I bez nadmiaru ludzi.

Aaaaaach. Jakby tu zacząć ten czas… Ha!!! Ostatnio zakochałam się w tym serialu, no świetny  – „Stacja Berlin” . Obejrzałam go bez trzech odcinków w środku, trzeba je koniecznie obejrzeć (nadgonić), żeby mieć wgląd w całość dzieła! Dzwonię do UPC, pierwsze połączenie przerwane (miła pani wysłała mnie w kosmos do technicznych), drugie – niesympatyczny Pan więc włączam swój standardowy stalowy głosik  (hmm)  „Niech mnie Pan nie przełącza nigdzie, niech Pan teraz zajrzy do mojego pakietu i zobaczy czy mam HBO na żądanie. Hmm, nie mam? Dziękuję, to teraz Pan mi doda do pakietu i uaktywni usługę.” Pan zrobił się miły i załatwił dostęp. (Być może to racja,  że facetom po prostu trzeba mówić co mają robić 😀 😀 ). Ha, mam! No trzeba sobie tylko odświeżyć te pierwsze odcinki…

Kilka godzin później

Doskonały serial, doskonały. No oczywiście oglądam go głównie z uwagi na Rhysa Evansa bo go kocham. Ale serial też świetny. Kurczę – jak ja dawno nie piłam żadnego alkoholu… Ale ja tu walczę ostatnio o siebie. Zabrałam się znowu do ogarnięcia, nie piję, nie palę, waga nawet drgnęła w dół, pani trener chwali („no dobra, wygląda na to, że nie kłamałaś, że coś robiłaś przez ten tydzień…”). No nie piję. W ogóle już dawno piłam.

Klikając pilotem odkrywam, że jest dostępna moja ukochana „Dolina Krzemowa”. Mam jakieś zaległości chyba w ostatniej serii. Zobaczę tylko..

Kilka godzin później

Kurczę, nawet ładna pogoda jak na taką chujnię. Takie zimne białe wino byłoby w sam raz. Przypominam sobie, że w lodówce jest prosecco od Wysokich Obcasów z okazji ich 18. urodzin. W sumie, można by się napić za te urodziny, to bardzo miłe ze strony dziewczyn, że mi dały tę butelkę. Może nie w każdej sprawie się zgadzam z WO ale to urodziny. I jednak siostry, bronią feminizmu i w ogóle dają radę… Otwieram!

Och.

Och.

Och.

Jak mi tego brakowało, pierwszy kieliszek wychylam prawie duszkiem. Mniam. Szkoda że przestałam imprezować i pić wieczorkami winko.

Drugi kieliszek. Mniam. Ale czad, jak człowiek nie pije to naprawdę bąble idą do głowy raz dwa.

Trzeci kieliszek Ha! Jak cudownie, zamykam oczy i widzę siebie w odlotowym klubie na dachu jakiegoś budynku w Szanghaju, mam w głowie taki szumek jak wtedy, widzę wódkę w kubełku z lodem i Redbulle. Wokół siebie roześmianych pilotów  Air France i wiem, że to będzie szalona noc. Yyych. Powracam na Mokotów –  ech to było z dziesięć lat temu. Teraz jestem w połowie trzeciego kieliszka na swojej kanapie ale… w sumie… czuję…, że jest właściwie fantastycznie. I nie wpakuję się w żadne kłopoty. Kocham prosecco!

Zaczynam myśleć o Rhysie. Jest absolutnie fantastyczny.  Tak, to ten co grał współlokatora flejtucha w Notting Hill. Ale widzieliście go w kostiumach historycznych? Albo w tej „Stacji Berlin”. Jezu, taki boski, zmęczony, nietrzeźwy często, w CIA szpieg ale też taki jakby outsider. A jak jest w tych spodniach rurkach i takim wąskim krawacie…, no masz orgazm od patrzenia. To znaczy ja mam i mój gust. Dopijam trzeci kieliszek i zaczynają mnie martwić dwie rzeczy. Bo googluje go cały czas. I on ma iksa. Serio. Ma kolana do środka. Dziewczynom to nawet jakoś z tym do twarzy ale facet…     To mnie trochę powstrzymuje jednak –  bo już zaczynam myśleć o jakiejś nikomu niepotrzebnej konferencji w Londynie, która umożliwi mi fantazjowanie na temat przypadkowego spotkania z Rhysem i zrobienie sobie z nim selfie. (hmm)

Druga sprawa, która mnie martwi to Sienna. Google mówi, ze to jego wielka miłość. No nie wiem. Nawet jakby nie starość to chyba jednak nie mam szans… 😀 😀 ;-). Oglądam w telefonie Siennę. Trochę mnie uspokaja fakt, że jest z kimś innym i ma dziecko ale wiecie jak to jest z tą wielką miłością. To zawsze kuźwa wraca. Dolewam sobie prosecco i się zastanawiam: ja w swoim najlepszym czasie kontra Sienna w swoim najgorszym. Hmmm – no jednak, mimo wszystko i pomijając moją znaną poniekąd 😀 beztroskę w sercu oraz dobre wdrukowane przez rodziców samopoczucie – nie mam szans. Kiwam głową ze smutkiem (ale ukojonym bąblami) – no fucking chance. A skoro tak, mój umysł natychmiast porzuca tę kwestię i przechodzi płynnie do Gavina Belsona. Ech, no ma coś w sobie. Te siwiejące rude włosy, śmiejące się oczy i taki zadowolony z siebie uśmieszek. Fakt – jest debilem. Ale cały czas jest prezesem firmy, jednak od tego się przystojnieje i w ogóle. No wiecie, Krzemowa Dolina, to kręci. Cholera. To postać fikcyjna, zapomniałam, że się upiłam. Sprawdźmy zatem Matta Rossa, wróćmy bardziej do realu… (serio? :D). Ooooo proszę – żona Matta wygląda normalnie, widać, że ma swoje lata. Może jakbym go spotkała jak miałam dwadzieścia lat… (again: serio? :D). W momencie kiedy zaczynam myśleć: ja w swoim najlepszym czasie kontra pani Phyllis Grant wpadam na to:

Znalezione obrazy dla zapytania matt ross

 

Och nie.

Nie.

Nie.

Nawet, jeśli, może…

Nie.

Nie. Dolewam końcówkę prosseco i tą częścią mózgu, która czasami każe mi spieprzać z różnych imprez przypominam sobie, że tych dwóch panów to tylko skłonność do fantazjowania oraz słabość do blondynów i rudzielców. Oraz szybki rausz. Tak sobie mów Parczi…

A przecież już z tego wyrosłam. I znowu zaczęłam prowadzić zdrowy tryb życia.

Nie.

To małe otrzeźwienie sprowadza moją myśl do  „Wielkich kłamstewek”, które w między czasie też zdążyłam „nadgonić”. Tak, wkurwiona na wszystkich Reese Whiterspoon jest doskonała, doskonale ją rozumiem i możliwe że też ją chyba kocham. Ale kinder bal kontra wycieczka do Disneylandu – seeerioooo? Eeeeeee.

Sayonara.

Robię sobie kilka selfie, żeby zobaczyć jak wyglądam. No może jakbym miała taki dom nad oceanem jak one i nie byłabym tak zmęczona…

No nie wiem…

Przez chwilę się martwię, że zdarza mi się (hmm) chyba podkochiwać w fikcyjnych postaciach. Chyba???!!!! Ale, ale! – która z nas nie kochała sie w Panu Rochesterze niech pierwsza rzuci kamieniem. Przez chwilę dalej się martwie, że „która”, czyli ta z nas co czytała „Dziwne losy Jane Eyre” – czytała ja najpewniej będąc nastolatką… Wiem, bo ja też wtedy to „przerabiałam”… A ja jestem tak jakby już „dalej w drodze”….

Phi. To oznacza trzeźwienie. Phi.

Każdemu wolno kochać i robić w weekend majowy co chce!

 

PS I Tak wygląda moja słynna (tak twierdzę) „odpalona” kanapa z jej właścicielką na rauszu.

IMG_2208

 

PS II No dobra. Może jednak coś jeszcze zdążę nadgonić…

Causy

Jakiś plan.

Piszę na starym kompie, ma jakieś 11 lat. Za każdym razem jak go „odpalam” przypomina mi, że jesteśmy mniej więcej na tym samym etapie. Potrzebujemy strasznie dużo czasu żeby się ogarnąć i zacząć działać … 😀 Na dodatek w trakcie używania klawiatury cały czas muszę mocniej naciskać niektóre literki, żeby zaskoczyły. Ja na szczęście raczej już chyba nie zaskoczę 😀 :D. To co mnie zaskakuje – to upływający, zmieniający wszystko czas.  Tak jak dzisiaj, kiedy pojechałam na zakupy na Ursynów gdzie kiedyś mieszkałam i zobaczyłam, że okolica wokół mojego starego bloku wygląda zupełnie inaczej. Miałam dziwne uczucie jakbym znała to miejsce a jednocześnie było kompletnie obce. Wiem, że to wszystko tam się działo, dwie miłości, dwa psy i kupa bzdetów, ale miałam wrażenie jakby to nie były prawdziwie wspomnienia – tylko wspomnienia jakiegoś filmu. Mieszkałam tam –  kiedy kupiłam ten komputer. Strasznie się z niego cieszyłam.  Komputer kupiłam sama, wybrać pomógł kolega, a kochanek kupił torbę. Apple’a. Za każdym razem jak mi się to przypomina strasznie chce mi się śmiać. Kupił mi tę torbę (bardzo ładna zielona skóra z paskiem na ramię) jakby mi mówił – chrzanię Twój wybór Sony Vaio. Schowaj tego laptopa w coś porządnego. Ale nie kupię ci Mac’a, bo to jednak za duża inwestycja, musi ci wystarczyć opakowanie.  I ta przypadkowa metafora z opakowaniem była nawet dość celna.

Eeeee,

tak w ogóle nie poluję na prezenty od mężczyzn (być może to błąd :D)  i to nie jest wyraz mojego rozczarowania 😀 :D. Raczej żartobliwa refleksja na temat akurat tego związku.

W każdym razie pojechałam dzisiaj na te zakupy na Ursynów ponieważ postanowiłam zapanować nad swoim życiem i uznałam że zacznę od sensownego planowania oszczędnych zakupów. Ponieważ normalnie robię zakupy w Sadybie – uznałam, że powinnam znaleźć tańszy supermarket i wybór padł na Lidla. Znalazłam najbliższy na Ursynowie więc zapewne są ze dwa bliżej mnie i kiedyś się o tym dowiem. W każdym razie pojechałam, wzięłam wielki wózek jak porządny Polak w sobotę i weszłam do sklepu. I dalej już nie było dobrze bo nie zrobiłam listy i nie pamiętałam co miałam kupić. Pamiętałam jednak ,że muszę w końcu zapanować nad swoim życiem i zmusiłam się do zakupu: kawy, dwóch kawałków imbiru, bananów i papieru toaletowego. Potem już byłam coraz bliżej dna swojej depresji więc zapłaciłam i wsiadłam do swojego nieoszczędnego samochodu. Duże sklepy mnie przygnębiają, możliwe że dlatego, że jest tam mnóstwo ludzi, którzy wyglądają jakby doskonale wiedzieli po co żyją, co robią i jakie mają plany na przyszłość. Jednocześnie wiem, że tak nie jest, że prawdopodobnie są tak samo zagubieni jak ja. Przynajmniej część z nich. Przynajmniej mam taką nadzieję. Nie, nie to, że źle im życzę czy coś – po prostu szukam cały czas swojego miejsca w społeczeństwie i mam nadzieję, że jest więcej takich tylko pozornie przystosowanych jak ja 😉 :D.

Oooo

Ta torba przypomniała mi naprawdę fajny prezent jaki dostałam od mężczyzny. Od innego mężczyzny, w swoim czasie mojego narzeczonego. Zadzwonił do mnie domofonem i zapytał się czy mogę zejść na dół. Zeszłam myśląc, że coś się stało a tam czekał na mnie piękny rower. Czerwony Scott (co ja dzisiaj z tymi markami, jakbym otworzyła katalog w głowie :D…). No był bardzo fajny i bardzo go lubiłam. Rower. Ale narzeczony też był spoko ;-). Z narzeczonym się rozstaliśmy a po kilku latach rower ukradli mi pod basenem. Tak, jeździłam rowerem na basen jak jeszcze to nie było modne :D.

No nie wiem, wygląda na to, że jestem starą, rozgoryczoną snobką wspominającą wartość swoich byłych po wartości prezentów od nich 😀 😀 :D. Fiu fiu. No nie spodziewałam się… 😀

Ale ja nie o tym chciałam. O czasie upływającym chciałam. Stuknęła czterdziestka a ja dalej nie wiem czego chcę od życia. Ta część racjonalna podpowiada mi, że właściwie nie ma nad czym się zastanawiać. Większość rzeczy już się nie wydarzy – bo albo już się wydarzyła albo zwyczajnie je przegapiłam. Nie potrafię robić wielu rzeczy naraz więc skoro pracowałam to nie było czasu na założenie rodziny. No dobra, nie będę ściemniać tu – nie było czasu bo nie chciałam na to mieć czasu. W każdym razie ponieważ już kilka rzeczy się nie wydarzy, takich jak:

  • książę z bajki nie porwie mnie i nie będzie cierpliwie czekał, aż uznam, że można na niego liczyć…
  • nie urodzę dziecka
  • nie zostaną aktorką ani modelką
  • nie zostanę reżyserem filmowego hitu i jest wielka szansa, że nie dostanę Oskara
  • w ogóle już raczej sława mnie nie spotka i Nobla też raczej ani innej nagrody nie złapię. Mogę ewentualnie złapać jakąś chorobę weneryczną (co też wydaje się wątpliwe 😀 :D)
  • nie wiem zupełnie dlaczego ale nie zostanę też mistrzem sportu ani nie zamieszkam w Nowym Jorku

I mogę tak bez końca. Nie żebym się jakoś specjalnie wysilała, żeby to wszystko osiągnąć. Byłam zbyt zajęta zwykłym przyziemnym napierdalaniem w pracy. Ale jak myślę o tym wszystkim czego już mieć nie będę, czego nie dostanę i co mnie nie spotka – to rodzi się we mnie bunt. Nie, żeby jakiś ogromny bunt, który zmieni moje życie na zawsze i zamieszkam wbrew wszystkiemu na Sycylii i poznam tam miłego, kulturalnego Włocha z nienachalnym poczuciem humoru. Taki lekki bunt – właściwie bardziej bierny opór. Nie zgadzam się, żeby mnie już nic ciekawego nie spotkało i żebym nie znalazła swojego miejsca na ziemi i swojego czegoś. To coś gdzieś jest i na razie o tym pomyślę. Ale jutro, jutro zrobię plan, żeby tego poszukać.

Serio, zrobię taki plan i coś wymyślę. Serio.

IMG_1776 (1)

PS Jeszcze inny narzeczony zadzwonił kiedyś do mnie i powiedział żebym wyjrzała przez okno. Wyjrzałam i … ;-). Kiedyś o tym napiszę.

PS2 Użyte wszystkie nazwy w tym poście nie są żadną reklamą. Też żałuję 😉 😀

 

Always and forever

Miałam może 7, 8, może 9 lat. Rozpadało się na dobre i zniweczyło moje plany wyjścia na dwór. Padało i padało a ja pogrążałam się w rozgoryczeniu właściwym dla wieku. Czyli nie mam pojęcia jak to mogło wyglądać :D. Musiałam podzielić się tym rozgoryczeniem z mamą bo zaczęła intensywnie gapić się na ogromną kałużę przed oknem, która stawała się małym jeziorem. Popatrzyła na mnie, złapała mnie za rękę i powiedziała: zawołaj Martę (moją siostrę). Wybiegłyśmy na dwór a mama kazała nam zdjąć buty. Zanim dotarło do nas o co chodzi, ona zrzuciła swoje i wskoczyła do błotnego jeziorka na trawniku. Padało coraz bardziej a my skakałyśmy po kostki w wodzie śmiejąc się i krzycząc do siebie. Dookoła snuło się senne miasteczko a za oknami i firankami kryło się „zobacz na tę wariatkę”.

Kocham moją mamę za to. Za podróże autostopem z dwiema małymi dziewczynkami, które pakowały się do ciężarówek w ślad za nią. Za skakanie po deszczu w kałuży. Za dziwaczne kartonowe robione przez nią dla całej rodziny zajączki (idą Święta), w których kryły się prezenty. Za rodzinne czytanie Mikołajków w wielkim łóżku rodziców, za miliony szaleństw i to, że nigdy się nie przejmowała „co ludzie powiedzą”.

Kiedy to wszystko dostaniesz ot tak, w pakiecie urodzinowym, chyba nie potrafisz iść tak jak inni by sobie tego  życzyli. Masz wdrukowaną wolność i wzruszenie ramion.

I jesteś wariatką

Śmieję się z brzucha. Głośno i całą sobą. Ludzie często mówią, że można mnie nagrać i puszczać jako śmieszka. Często jak słyszą mój śmiech mówią „wariatka”.

Jak ciężko pracuję mówią, że wariatka i jak się wściekam bo odpadam, też – bo wariatka. Wariatką jestem jak się zakochuję i jak zamykam serce też staję się wariatką. Jak robię to co mi się podoba jestem wariatką a jak się zmuszam do tego czego nie lubię, że zwariowałam. Jak idę w tango nacieszyć się życiem chociaż przez jedną noc – wariatka i jak zapadam się w sobie bo nie daję rady – wiadomo zwariowałam.

Ups and downs – no jasne, że wariatka.

Jakoś nigdy się tym nie przejmowałam. Może tylko w chwilach kiedy ktoś chciał mnie wychować, zmienić, dać nauczkę. Ale co możesz z tym zrobić. Nic, jesteś sobą. Więc (nie zaczynaj od więc). Więc odwracasz się od takich ludzi i biegniesz dalej.

Bądźcie wariatkami always and forever, dbajcie o swoje szaleństwo, wolność, inność. Macie prawo nie dawać rady w tym kiepsko urządzonym świecie i macie prawo walczyć o siebie.

Sto lat temu, w czasach kiedy otoczeniu wydawało się, że będę walczyć o wysokie stanowiska w korpo usłyszałam jak ktoś mnie „nazwał”. To było tak piękne, że żałowałam iż nie całkiem prawdziwe. Anakonda. Ach jak to brzmi cudownie: Anakonda. Podobno – ponieważ atakuje znienacka. Buhahahahahaha. Świat zrozumieć –  inteligencji zawsze nie starczy ;-).  Prawda jest banalna: zazwyczaj długo pozwalam, żeby otoczenie przesuwało moje granice. Otoczenie, jak to otoczenie, czuje, że może i przesuwa jeszcze bardziej. W końcu ktoś przesunie granicę za bardzo i wybucham gryząc i waląc na oślep doprowadzona do wściekłości. Rzeczywiście można powiedzieć, że wtedy atakuję znienacka 😀 :D. To zwykły brak asertywności a nie uwodzący wyobraźnię charakter anakondy. I wtedy oczywiście wiadomo: emocjonalna świruska.

Jest taka scena. Widziałam ją wiele razy w filmach. Mam ją przed oczami chociaż nie mogę sobie teraz przypomnieć żadnej z nich. Kobieta wydaje się być zaszczuta, zapędzona w kozi róg, doprowadzona do swojej granicy.  I wtedy sięga do samej siebie, do swojej zwierzęcej siły, do źródła swojej mocy i zaczyna syczeć, gryźć, zamienia się w dzikie zwierzę. Właściwie można by rzec, że miota nią szaleństwo albo… właśnie w tym momencie czuje swoja potęgę i moc. Dociera do siebie. Jak mnie coś wkurzy a ludzie męczą bułę, męczą i męczą, bułę i bułę wyobrażam sobie jak przekraczam tę granicę i syczę do ludzi wyciągając przed siebie ręce z czerwonym lakierem na paznokciach. I miotając się w czerwonej sukience krzyczę wuuuuuuuuuuuuuuuuuu, wuuuuuuuuuu, wuuu wuuu. Chodzi mi tutaj  raczej o groźny dźwięk bardziej wilczycy niż muczącej krowy 😉 :D. A potem zaczynam śpiewać:

 Heathcliff, it’s  it’s me, your Cathy, I’ve come home

I’m so cold, let me in your window

Heatcliff, it’s me your Cathy, I’ve come home

 I’m so cold, let me in your window

aaaaaaaaaaaaaaa, uuuuuuu, aaaaaaaaaaaaa   

Tak to widzę. I to mnie bardzo śmieszy. Bo mam dziwaczne poczucie humoru. I strasznie się śmieję (z brzucha), jak nazywają mnie wariatką 😉

W bonusie zdjęcia jak na świruskę przystało z krwią sączącą się z ust.                          Zrobione kiedyś dla jaj leżały sobie bezpiecznie na dysku aż do dziś…. Kszszszszszszszszzzzzzzzzy….. 😀 😉

IMG_1631       IMG_1630         IMG_1631

PS – nie wszystko trzeba brać tak całkiem serio 😉

PS II – wariatki wszystkich krajów łączcie się! 😉

Tańczące ryby

Nienawidzę robić prezentacji.

W sensie – przygotowywać. Przedstawiać, łapać kontakt z ludźmi, opowiadać o projektach, pomysłach, modelach biznesowych bardzo lubię. Nienawidzę ich dziergać. Zastanawia mnie jak to się dzieje, że świat się zmienia, zmieniam stanowiska, moja kariera leci do góry albo do dołu, a ja zawsze dziergam te chrzanione prezentacje. Nawet kiedy koledzy na równoległych stanowiskach mają ludzi do tego (ja robię) albo jak świadomie odpuszczam karierę i tych prezentacji nie powinnam już robić (dalej je robię). Zero litości.  Zrobiłam ich miliony i nadal nic się nie zmienia. ppt i jazda. I będziesz Parczi te prezentacje robić do śmierci. (słyszę z nieba ten złośliwy głosik). Niby Anioł a wredne to… ;-))

W ukochanym domu, ukochanej kuchni na wschód od aktualnego miejsca zamieszkania…

Pytam mamy i babci czy mogę wyjść na dwór. Ale nie na ogródek, tylko do dzieci na plac zabaw. Mam jakieś 5 lat. Niepotrzebnie pytam bo one zagadane patrzą na mnie z roztargnieniem. Jestem upartym dzieckiem więc pytam jeszcze raz. Bardzo niepotrzebnie, bo czuję, że od czegoś ważnego je odrywam. Cisnę dalej. W końcu widzę jak wymieniają spojrzenia między sobą i słyszę niespodziewany wyrok:

– Wyjdziesz jak namalujesz tańczące ryby – nie wierzę w to co słyszę, śmieję się, usiłuję negocjować i  nagle rozumiem, że to prawda. Że tak właśnie sobie wymyśliły te dwie najcudowniejsze istoty: moja mama i babcia. Zaczynam wyć, wpadam w coraz większą histerię. Chyba ktoś jeszcze przybiega do kuchni i dowiedziawszy się w czym rzecz chce mi pomóc. Ale odrzucam tę ofertę wyjąc i krzycząc z furią, że nie chcę niczyjej pomocy, żeby mnie wszyscy zostawili. Potem pamiętam jak siedzę w ciszy nad kartką papieru i w stanie, który bym dzisiaj nazwała „ostrym wkurwieniem”  biorę do ręki żółtą kredkę i rysuję, rysuję. Oddaję rysunek prychając, że to „złote tańczące ryby”. Obrażona, nie słuchając zachwytów rodziny wychodzę z domu. Obrazek jest naprawdę piękny ale ja go już zawsze będę nienawidzić, bo jest symbolem braku wolności, tego że można mnie do czegoś zmusić, tego że ktoś inny ma władzę nade mną.

Dodatkowym skutkiem tej niezamierzonej przez mamę i babcię „traumy” 😉 jest to, że jak mam zrobić coś na kształt prezentacji – „muszę” się wprawić najpierw w stan lekkiej histerii.

Zatem:

  • zawsze odłożę ją na weekend – oznacza to niedzielę wieczór
  • w niedzielę zrobię wszystko niezwykle starannie. Chociaż zazwyczaj mi się nie chce – pójdę na trening. Zrobię zaległe prania, zrobię bardzo staranny makijaż, pojadę po ciągle odwlekane zakupy chemii domowej. Postanowię, że pójdę też na wieczorny trening.
  • zacznę rozgrzebywać stare rany, żeby się zdołować
  • żeby się jeszcze bardziej zdołować zadzwonię albo wyślę SMS do któregoś byłego. Od słowa do słowa zawsze tak wykombinuję, żeby było słabo 😀 😀 😀
  • żeby było mi lepiej pracować pojadę do pracy, posiedzę tam chwilę nad mailami i FB i wrócę do domu-  „bo jednak lepiej skupić się w domu”
  • jak już umęczę się tym rytualnym tańcem wystarczająco – postanowię 5 razy zmienić pracę, będę rozważać ucieczkę do Kanady lub w Bieszczady – usiądę i raz dwa (około godz. 23.00 więc w dużym stresie) machnę co trzeba ku chwale swojej i swego pracodawcy.

I pomimo, że znam każdy punkt tej niedzieli i choć nie wiem jak bardzo będę się starać finał zawsze będzie ten sam :D.

No cóż, jest 17.00 i najwyższy czas zabrać się za prezentację. Jeszcze tylko wspomnę ten błękit…

img_1309-1

😉 uściski

Być kobietą

Podobnie jak być mężczyzną – nie jest łatwo. Generalnie życie ciężkie i komary rypią 😉

Mniej więcej wszystkie wiemy jak jest.  Dość kijowo chwilami. Bardzo późno zaczęłam rozumieć jaką siłę i wsparcie potrafią dać sobie kobiety w życiu. A jednocześnie wiem, że żaden mężczyzna nie potrafi tak wycelować prosto w splot słoneczny jak druga kobieta. Sądzę, że wszystkie to znamy. I nie ma co się oszukiwać – ta walka, jaka między nami się toczy, zazwyczaj zaczyna się od jakiegoś mężczyzny. A potem to już fruuuuu, poszły konie po betonie ;-). Albo przesadzam :D. Możliwe – że to ja jestem po prostu upośledzona.

Ale kiedy tych mężczyzn nie ma w pobliżu same widzimy jak się rozumiemy, jaką czułość wzajemnie w sobie wzbudzamy, jak chętnie chcemy pomóc, zrozumieć, wesprzeć. Kto nas tak zrozumie jak druga kobieta, która przechodzi przez te same strachy, lęki, rozpacze, radości, nadzieje. Abo przesadzam 😀 . Ale proszę, nie odbieraj mi tej wiary 😉 Po prostu przyłącz się!

Lat temu sto

Wpadłam do przebieralni na basenie. Przemiła ubierająca się starsza Pani (tak ją pamiętam – teraz bym pewnie powiedziała, że w średnim wieku…) powiedziała do mnie: Ojej dziewczyno ale zaraz zamykają. Na co powiedziałam, że wiem ale muszę chociaż na chwilę bo zwariuję jak czegoś nie zrobię. I ona tak popatrzyła na mnie ciepło i powiedziała: „Rozumiem, trzeba się jakoś ratować”. I poczułam wtedy, ze ona naprawdę mnie rozumie  i zrobiło mi się lepiej. Na kilka miesięcy mi się lepiej wtedy zrobiło. Też możliwe, że przesadzam 😀 . I możliwe, że w ogóle mnie nie zrozumiała tylko chciała być uprzejma.

Jak byłam młodsza zdarzało mi się być zazdrosną o inne kobiety – na tle damsko-męskim. Ile zmarnowanej energii poszło w dym. Uhuhuhu jak potrafiłam dać do wiwatu moim biednym narzeczonym :D. W miarę upływu czasu, ze starości chyba,  jakoś mi to przeszło. Nauczyłam się odpuszczać, wycofywać, iść w swoją stronę. Szkoda mi życia na wojny podjazdowe. Jednocześnie bardzo zbliżyłam się do kobiet. Zaczęłam się od nich uczyć, czerpać, współodczuwać. Ta bliskość jaka tworzy się między kobietami czasem mnie oszałamia. Nie, serio, nie piszę tu o seksie, wyluzuj. Mówię o bliskości. Ale i tak czasem niestety nawalam na linii „Siostro” i „Girl Power”. Wiele ważnych kobiet z mojego życia zniknęło, czasem z mojej winy. Często z powodu pracy, rozmijania się, zmieniających się priorytetów. Często mi żal. Nie przesadzam, naprawdę mi żal.

„Seymour – introdukcja”! (hehe to w ogóle jest bez sensu ale ja po prostu uwielbiam Salingera i zapragnęłam to wykrzyczeć- sorki). Dalej już na temat:

Zbliża się dzień kobiet. Wiele z nas uda się na na manifestacje, wiele z nas się nie uda. Dostaniemy kwiatki lub nie. Będziemy mówić siostry, żeby za chwilę obrobić sobie wzajemnie cztery litery. Żeby za chwilę się użalać, że nie potrafimy być solidarne. I tak od brzegu do brzegu coś tam każda sobie ugra albo wręcz przeciwnie ;-). A ja mam tylko jedną małą prośbę. Ósmego marca zrób kobieto coś miłego/ dobrego dla drugiej kobiety. Cokolwiek. Najlepiej dla takiej, której nie znosisz , takiej na widok której unosi Ci się lewa brew. Albo prawa ;-). Albo dla takiej, o którą jesteś zazdrosna. Zrób jedną miłą rzecz i zobacz jak zmienia się świat. Jak Ty go zmieniasz :-).  I serio to piszę, no bez przesady, można zrobić coś miłego, nie?

Z wyrazami miłości dla Was – (wciąż zdecydowanie w kursie nauki w tej sprawie)  Parczi

PS Aha – tak smętnie, żałośnie  i bez sensu bo w cichości swego organizmu czekam na okres. Tak. Okres.  I robię też siku oraz mam gluty w nosie jak jestem chora ;-). I wiecie jak jest. Płaczecie na reklamie, wzrusza Was SMS z banku (że tak pamiętają o Was), przypominacie sobie z łezką w oku, że 12 lat temu jeden blondyn bezinteresownie kupił Wam kawę. I jak to się stało, że już nie potrafisz jeździć na łyżwach. Także kolejnym razem – obiecuję że będzie naprawdę śmiesznie i z dystansem do życia. Jak już organizm przejdzie tradycyjny hormonalny rytuał.

PS2 A taki prezent dostałam od mojej przyjaciółki, za to ze odważyłam się podarować sobie Hultaja:

img_1298

Życzę Wam takich przyjaciółek!

I mniej łzawych wpisów na moim blogu!!!!

And just like that! ;-)

Historia tego związku ma łaaaaaadnych parę lat.

Ja i on. On –  mądry, z dostępem do dragów, wiedzący na czym świat stoi. Ja jak ja… On – terapeuta. Trudno go nazwać moim bo odwiedzam go raz na wiele miesięcy (lub lat) „apdejtując” o kolejne fazy rozwoju osobistego. Jego stosunek do mnie również można podzielić na różne fazy:

Gdzieś w połowie naszej znajomości:

Kiedy powiedziałam mu,  że czas skończyć z tym wariactwem i już pora na prawdziwy związek – zapytał:

– Pani Joasiu, ile ma teraz pani lat?

(aaaaaaaaaaaa – to ja chowając głowę w dłoniach)

– Czy pani w ogóle była do tej pory chociaż raz zakochana?

(eeeeeee – ta ja patrząc na zegar z kukułką)

– Pomogę pani, zdefiniuję pojęcie miłości i odpowie mi pani czy kiedyś czuła coś zbliżonego do tej definicji. Powiedzmy, że miłość pojawia się kiedy jest w pani życiu osoba, z którą chce się pani związać na stale niezależnie od jej wad. I chce pani założyć z tą osobą rodzinę. To człowiek, z którym niezależnie od możliwości chciałaby pani mieć dziecko. Czy czuła pani kiedyś coś takiego wobec któregoś z tych kawalerów?

(cisza) (cisza) (cisza) (czarna dupa cisza)

Gdzieś dalej na strzałce czasoprzestrzeni tej znajomości:

– Pani Joasiu, spokojnie, po kolei. No i co to za kawaler?

(wyrzut autoironicznej historii przerywanej śmiechem i łzami)

– No tak , tak, hmm. Pani Joasiu, no co ja pani mogę powiedzieć. Noooo serio??? Chce pani zawracać sobie głowę takim kawalerem? Pani Joasiu, no niech pani zobaczy, przecież pani zajmuje się mediami. Niech Pani pomyśli – spotyka pani takiego kawalera – no i super,  jest fajnie, jak pani słucham –  to on nawet miły musi być tak na początek. Ale – tu zawiesza srogo głos – ale pani Joasiu – to jest jego wersja 1.0. Potem poznaje pani wersję 2.0 – i tu już chyba nie było tak miło, co? I na litość boską –  pani mi już opowiedziała jego wersję 3.0, 4.0, 5.0 i jesteśmy gdzieś przy 9.0. I seriooo? Naprawdę znając już te wszystkie kolejne odsłony myśli pani, że warto? To palant jest.

Gdzieś pomiędzy pracą a depresją:

– No i co tam słychać u pani, pani Joasiu

(wymiana uprzejmości)

– Wie pani, myślałem tak ostatnio i mam takie pytanie. Czy nie sądzi pani, że pani traktuje tych kawalerów jak te swoje projekty w pracy? Dorywa pani takiego frajera i tak mu miesza w głowie, aż uzna, że projekt sfinalizowano.

(cisza, czarna dupa, cisza, nerwowy śmiech)

– Nie, no jak pan może tak mówić, hahaha, no jak, hahaha przecież widzi pan jak ja się angażuję i ile mnie to kosztuje.

– No właśnie! Pani Joasiu, bo jeśli pani traktuje ich jak projekty i pani z tym dobrze –  to nie musimy niczego zmieniać, musimy tylko popracować, żeby zmniejszyć te koszty. Trzeba je koniecznie zminimalizować. Zresztą pracy też to dotyczy.

Gdzieś pomiędzy pracą a nadzieją:

– Pani Joasiu – ja pani coś powiem. Jak pani następnym razem spotka jakiegoś kawalera i poczuje taki dziwny lęk albo niepokój… to niech pani spieprza. Niech pani się nie katuje, że to lęk przed związkiem i bliskością a pani dzielnie ten lęk pokona. Niech pani spieprza. I jeszcze! Jeszcze jak poczuje pani jakieś macierzyńskie odczucia. Że on taki biedny,  straszne miał dzieciństwo – niech pani spieprza. Niech pani zamknie oczy, policzy do trzech i w długą. Serio mówię.

(cisza i pytające spojrzenie)

– Z pani inteligencją i zdolnością obserwacji – ten lęk jest dla pani ostrzeżeniem. A z tymi macierzyńskimi odruchami niech pani nie pyta, tylko mi uwierzy.

– I pani Joasiu, już wystarczy też tych pogawędek. Z pani inteligencją i poczuciem humoru da Pani sobie radę. Naprawdę.

I tak wyposażona, w tę wzmacniającą i szczerze brzmiącą (wolę tak myśleć) poradę ruszam w drugą połowę życia wierząc, że dam sobie radę 😉

hultaj

Tak, wiem.

Nazwa bloga jest bez sensu. Tak wiem. Nic nie znaczy, jest niemarketingowa, trudno napisać i trudno przeczytać. Generalnie do dupy. Powiem więcej, ona naprawdę nic nie znaczy. Nie będzie tu o hultaju i nawet o bzach też nie będzie. Po prostu podobają mi się te dwa słowa. I hultaj i bzy. Ładne są. I były to pierwsze słowa jakie przyszły mi do głowy, kiedy postanowiłam tutaj się zalogować. Witajcie !! ❤ ❤

img_1274